Jesteśmy na wczasach, czyli Karpacz w czasach PRL-u

Przebój Wojciecha Młynarskiego „Jesteśmy na wczasach” w PRL-u nuciła cała Polska. Niewielu jednak wie, że piosenka powstała w Karpaczu, a przystojny pan Waldek, który uwodził pannę Krysię z turnusu trzeciego, istniał naprawdę. Pan Waldek jako przewodnik oprowadzał turystów po Karkonoszach, a popołudniami, będąc instruktorem kulturalno-oświatowym, prowadził zabawy taneczne, tzw. fajfy w popularnej klubokawiarni Oaza. Tak nieżyjącego już dziś Waldemara Pawluszka, wspominali mieszkańcy Karpacza. – Zawsze bardzo elegancki. Chodził w błyszczącym smokingu i w muszce. Dedykował piosenki wybranym paniom, właśnie tak jak opisał to Młynarski. To był jego sposób na podryw. Zresztą miał wielkie powodzenie wśród wczasowiczek – wspomina Józef Żądło, niegdyś kelner w restauracji Patria, później właściciel jednego z pensjonatów.

Panna Krysia, która wedle słów piosenki wielokrotnie przyjeżdżała na turnusy do pensjonatu Orzeł (ośrodek wypoczynkowy zakładów lniarskich), to też postać autentyczna. Krystyna Trylańska-Maćkówka, obecnie emerytowany przewodnik sudecki, zaczęła oprowadzać turystów po Karkonoszach już w latach 50. Dziś, gdy dobiega „dziewięćdziesiątki”, ze względu na zdrowie musiała ograniczyć aktywność, ale jeszcze cztery lata temu regularnie wychodziła na wycieczki. Zimą zaś udziela… narciarskich lekcji! Dystyngowana i elokwentna. Przed laty była ulubioną modelką Wlastimira Hofmana. Obrazów, które mieszkający w Szklarskiej Porębie artysta, namalował z jej udziałem nie potrafi nawet policzyć.

– Prowadziłam wieczorki zapoznawcze i pożegnalne na turnusach. Ludzie tańczyli. Początkowo nawet nie wiedziałam, że zostałam bohaterką tej piosenki. Dopiero później to się okazało – wspomina. – Z Waldziem znałam się bardzo dobrze, ale nie łączyła nas żadna bliższa zażyłość – zastrzega.

Pani Krysia na stałe związała się ze Szklarską Porębą, gdzie mieszka do dziś. Pod Szrenicą zjawiła się 1 lutego 1951 roku, z nakazem zatrudnienia. Młodziutką instruktorkę sportową skierowano do pracy w Funduszu Wczasów Pracowniczych. Miała dbać o tężyznę fizyczną wczasowiczów i oprowadzać wycieczki. Na pierwszą wyszła tuż po swoim przyjeździe.

– Ponieważ nie znałam drogi do wodospadu Szklarki, poprowadzili mnie wczasowicze, którzy byli w Szklarskiej Porębie już po raz kolejny – wspomina. Szybko jednak połknęła górskiego bakcyla. Za pierwszą pensję kupiła stare, niemieckie narty. Narciarstwo i wyprawy w góry stały się jej pasją. Znalazła się pod dobrą opieką samego mistrza – Tadeusza Stecia, do dziś niezwykle cenionego znawcy regionu i współtwórcy struktur ratowniczych i przewodnickich w Karkonoszach.

– Opowieści Stecia notowało się w kajecikach, nawet podczas marszu. Zapisywaliśmy ich mnóstwo. On był chodzącą encyklopedią, innych źródeł nie było – wspomina. Uprawnienia przewodnika sudeckiego zdobyła w 1961 roku. – Zwlekałam z tym, bo nie bardzo interesowały mnie zagadnienia polityczne, a wówczas taki przedmiot był na egzaminie przewodnickim obowiązkowy – tłumaczy. W czasach PRL zadaniem przewodników było też przekazywanie wczasowiczom osiągnięć władzy ludowej. Powtarzano im „jesteście pracownikami politycznymi”. Trzeba było ważyć każde słowo. Jeden z przewodników został zwolniony, gdy opowiedział dowcip o partii. Miał pecha, bo akurat oprowadzał wycieczkę członków komitetów wojewódzkich. Góry nie były też tak dostępne jak dziś. W latach 50. Wojska Ochrony Pogranicza kontrolowały całą strefę nadgraniczną. Wejście np. na Szrenicę lub Śnieżkę wiązało się ze sporządzeniem listy uczestników wycieczki. Przy szlabanie odbierano im dowody osobiste i wydawano specjalne żetony.

– Nie daj Bóg jak ktoś go zgubił. Były wtedy straszne problemy, wyjaśnianie, przesłuchania. Informowano zakład pracy – wspomina pani Krystyna. W poważne tarapaty można też było wpaść zbliżając się do słupków granicznych. Żołnierze przez lornetki wypatrywali ludzi tuż przy granicy. Jeśli któryś z nich przeszedł nawet na kilka centymetrów na stronę czeską wszczynano alarm. Konsekwencją mogło być np. zwolnienie z pracy.

W połowie lat 60. ubiegłego wieku, gdy powstał wczasowy szlagier, w całej peerelowskiej Polsce wypoczywano w podobny sposób. Standardem był dwutygodniowy turnus w jednym z domów Funduszu Wczasów Pracowniczych. Wypoczynek był zorganizowany od początku do końca. Wczasowicz miał zagwarantowane noclegi, wyżywienie, a nawet bilety na podróż w obie strony. Za stronę rozrywkową pobytu byli odpowiedzialni, specjalnie zatrudniani przez ośrodki wypoczynkowe, kaowcy.

Turystyczny potencjał Karkonoszy komunistyczne władze dostrzegły tuż po zakończeniu wojny. Pozostawione przez dawnych właścicieli pensjonaty zaczęły wówczas zagospodarowywać branżowe związki zawodowe, które tworzyły domy wczasowe dla pracowników. Potem zaczęto je przekazywać pod scentralizowany zarząd FWP. Karpacz z ponad 4,5 tysiącami miejsc noclegowych był wówczas jednym z największych ośrodków wypoczynkowych w Polsce.

Ze względu na strefę przygraniczną nie każdy mógł jednak tu wjechać. Wpuszczano jedynie osoby ze skierowaniami na wczasy lub specjalnymi przepustkami. Kontrolę przy szlabanie przeprowadzali żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza. Choć podróżni nie wyjeżdżali z Polski, przypominało to odprawę na przejściu granicznym. Jedynie nielicznym udawało się zmylić czujność żołnierzy. Józef Żądło po raz pierwszy wjechał do miasta w latach 50., przemycony w bagażniku samochodu, gdyż nie miał dokumentów. – Każdy turysta był traktowany jak potencjalny szpieg. Zresztą niektóre obszary Karkonoszy były zupełnie zamknięte. Np. rejon Kowar, gdzie w latach 50. wydobywano rudę uranu – mówi Piotr Sroka, historyk z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Kontrole na rogatkach Karpacza zniknęły po odwilży gomułkowskiej w 1956 roku. Mimo to służby bezpieczeństwa, właściwie do końca lat 80., roztaczały nad strefą przygraniczną parasol ochronny. Jak wypoczywano w Karpaczu na organizowanych przez państwo wczasach? Głównie na pieszych wycieczkach. Spacerowano do skandynawskiego kościółka Wang w Bierutowicach, nazwanych tak na cześć Bolesława Bieruta. Nazwę tej części Karpacza oficjalnie zmieniono dopiero niedawno. W Bierutowicach trzeba było też obowiązkowo odwiedzić Młyn Miłości. Wrzucona do oczka wodnego moneta miała gwarantować szczęście. Nie wiadomo, czy życzenia się spełniały, ale na koniec każdego sezonu obsługa Młyna wydobywała z niego pokaźne ilości bilonu. Stałymi punktami wycieczek były też schroniska Samotnia i Strzecha Akademicka i oczywiście szczyt Śnieżki.

Do końca lat 50. w Karpaczu nie było wyciągów narciarskich, więc i narciarzy nie było wielu. Jeśli jeżdżono, to w okolicach Samotni i Strzechy Akademickiej. Nie było ratraków, więc trasy trzeba było sobie samemu udeptać. Nawet po zbudowaniu w 1959 roku kolei linowej na Kopę, nartostrady nadal deptano. Deptacze byli zatrudnieni przez kolej jeszcze w latach 80. – Narciarzy było mniej, ale ludzie gorzej radzili sobie na nartach, więc roboty mieliśmy mnóstwo. Nieraz z Kopy zwoziliśmy dziennie kilkanaście złamań – mówi Waldemar Draheim, w 1978 roku zawodowy ratownik GOPR. Program turnusów na wczasach FWP nie zmieniał się właściwie przez cały okres PRL. W latach 50. rano na ulicach Karpacza przeprowadzano obowiązkowe zajęcia gimnastyczne dla wczasowiczów. Gdy w latach 60. z nich zrezygnowano, dzień zaczynał się o 8 rano śniadaniem. Godzinę później grupa wychodziła na górską wycieczkę, by o 13 powrócić na obiad. Po nim był czas wolny. Po godzinie 16 można było wyjść na wieczorek taneczny w klubach Astra, Oaza lub Mieszko. Dansingi organizowała luksusowa restauracja Patria. Przy wejściu przeprowadzano selekcję. Wpuszczano jedynie panów w marynarkach i krawatach. Obuwie sportowe było zakazane. Zaprzyjaźnionym gościom odpowiedni strój mógł wypożyczyć szatniarz. Zwykle bawiono się do godziny 3 nad ranem

– Marże na alkohol i jedzenie były niskie. Ludzi było na wszystko stać – mówi Józef Żądło, były kelner w Patrii. Bywalcami byli między innymi przodownicy pracy. Józef Żądło zapamiętał jednego z górników, który przez cały wieczór, nie licząc się z pieniędzmi, zamawiał u orkiestry tę samą melodię. Gdy zbyt głośny śpiew przodownika zaczął przeszkadzać w obsłudze innych gości, zwrócono mu uwagę. Zirytowany gość złapał kelnera i wymierzył mu kilka solidnych klapsów. Ten nie pozostał dłużny i rozbił mu na głowie tacę. Na koniec klient wręczył jednak obsłudze solidny napiwek i większej awantury udało się uniknąć.

Do Karpacza zjeżdżali także popularni artyści i dziennikarze. W Patrii bywał hrabia Wojciech Dzieduszycki, Jerzy Waldorff, Marek Grechuta i wspomniany już Wojciech Młynarski. Premier Józef Cyrankiewicz uciekł raz własnej obstawie, by bawić się na dansingu. W ukrytym pokoju przesiedział dwie godziny. W tym czasie jego ochrona przeczesywała miasto. Karpacz odwiedzały też grupy turystów z zaprzyjaźnionych komunistycznych krajów. Niektórym pobyt dostarczał niezapomnianych przeżyć. Tak było z uczestnikami jednej z wycieczek z Kazachstanu, których zaprowadzono do restauracji ze striptizem (pierwsze czeskie tancerki występowały w Karpaczu już w latach 60.). Kazachowie, po zakończeniu pokazu, doszli do wniosku, że nie mogą o nim opowiedzieć w kraju, gdyż zostaną ukamienowani.

Egzotycznym gościom z republik radzieckich polscy przewodnicy robili też niezbyt przyjemne żarty. Gdy pojawiły się pierwsze torebki z herbatą ekspresową, jeden z przewodników polecił obcokrajowcom, by wsadzili je do ust i popijali wrzątkiem. Obcokrajowcy zorientowali się, że to kawał, dopiero gdy przypatrujący się temu Polacy zaczęli pękać ze śmiechu. W latach 70. Karpacz przeżył najazd turystów wschodnioniemieckich. Wówczas zachęcani przez władze mieszkańcy kurortu zaczęli budować prywatne pensjonaty. W polskich sklepach brakowało jednak mebli i wyposażenia. Zaczęto je więc ściągać z NRD. Tamtejsze duże zakłady pracy przysyłały do Karpacza łóżka, szafy i wykładziny. W zamian nie chciały pieniędzy. Pensjonaty spłacały dług przyjmując pracowników NRD-owskich zakładów. Gości z Niemiec było tak dużo, że w restauracjach nieraz brakowało miejsc dla Polaków.

– Zdarzało się, że polscy klienci wpisywali w menu „Nur für Deutsche”. A to nie była nasza wina, że było ich tak wielu. Zamawiali ogromne ilości golonki, bigosu i flaków – wspomina Józef Żądło, który w latach 70. miał już własną restaurację.

Duży ruch turystyczny spowodował intensywny rozwój usług fotograficznych. Zdjęcia z bernardynem lub białym niedźwiedziem były pożądaną pamiątką z pobytu w górach. W szczytowym okresie było w Karpaczu aż siedem zakładów i ponad 20 fotografów, którzy wzajemnie ze sobą konkurowali. Nieraz zdarzały się kłótnie o miejsce przy dolnej stacji wyciągu, gdzie hurtowo robiono zdjęcia wjeżdżającym do góry turystom. – Losowaliśmy kolejność. Zmiana miała następować po wypstrykaniu jednego filmu, czyli po 36 klatkach. Jednak niektórzy koledzy nawijali na szpulę więcej filmu i wychodziło im ponad 40 zdjęć – wspomina fotograf Jerzy Lewandowski. Fotografowie towarzyszyli też turystom na wycieczkach. Jednak często z jedną grupą wychodziło w góry aż kilku. Jeśli potem udało się im sprzedać odbitki, w jeden dzień mogli zarobić nawet równowartość miesięcznej pensji. Jednak na klientów mógł liczyć jedynie ten, kto najszybciej wywołał zdjęcia. – Miałem mały motorek i potrafiłem uwinąć się w godzinę. Odbitki robiło się z jeszcze mokrych filmów, ale moje zdjęcia były gotowe tuż po obiedzie. Podczas, gdy inni przynosili swoje na kolację – mówi Jerzy Lewandowski.

W Karpaczu dziś już nie można zamówić zdjęcia na krzesełku kolejki na Kopę. Dwutygodniowe turnusy wczasowe skończyły się wraz z upadkiem ustroju. Większość turystów przyjeżdża teraz w góry jedynie na kilka dni i nie bawią się już tak hucznie jak kiedyś.