MIJA 51 ROCZNICA WIELKIEJ LAWINY W KARKONOSKIM BIAŁYM JARZE. TRAGEDIA TRWAŁA ZALEDWIE NIECAŁĄ MINUTĘ. POD ŚNIEGIEM ZNALAZŁO SIĘ 24 TURYSTÓW ZE ZWIĄZKU RADZIECKIEGO, NRD I POLSKI. ZGINĘŁO 19 OSÓB. BYŁ TO NAJWIĘKSZY WYPADEK W POLSKICH GÓRACH.

20 marca 1968 roku w Karpaczu jest bardzo słonecznie. Wiosenna aura, bezchmurne niebo nad Karkonoszami zachęca do górskich wycieczek. Gdyby nie silny wiatr, którego prędkość dochodzi do ponad 100 km/h, pogoda byłaby idealna. Na stokach i szlakach leży masa śniegu, bo tydzień wcześniej, co w drugiej połowie marca w Karkonoszach nie jest częstym widokiem, solidnie padało.

TO MIAŁA BYĆ NAGRODA

Rano w Domu Zagranicznej Turystyki Młodzieżowej w Karpaczu do wyjścia przygotowuje się grupa młodych przodowników pracy ze Związku Radzieckiego. Są wśród nich robotnicy i nauczycielki z okręgu kujbyszewskiego. W sumie 28 osób. Do Karpacza przyjechali dwa dni temu. Wcześniej zwiedzali Warszawę i Kraków. Wycieczka do Polski jest dla nich nagrodą za wyniki w pracy.

Postanawiają, że tego dnia grupa podzieli się. Część pójdzie zwiedzać miasto, pozostali wjadą kolejką na Małą Kopę, wejdą na Śnieżkę i zjadą wyciągiem. To łatwa wycieczka. Rosjanie niespecjalnie się do niej przygotowują. Są nieobyci z górami, więc panowie zakładają miejskie półbuty i palta, panie wiążą chustki na głowach, wdziewają futra lub płaszcze, niektóre wkładają buty na obcasach i spódnice.

Stefan Wawryniuk ich opiekun z Warszawy, też nie ma górskiego doświadczenia, nie potrafi doradzić. Prowadzi grupę pod dolną stację kolei linowej na Kopę. Tam jednak czeka ich niemiła niespodzianka.

– Tego dnia nie włączyliśmy kolejki, bo ze względu na silny wiatr byłoby to niebezpieczne – wspominał, nieżyjący już Zbigniew Pawłowski, który w 1968 roku był kierownikiem kolejki linowej w Karpaczu i ratownikiem Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

BYŁY OSTRZEŻENIA, NIE POSŁUCHALI

Radziecka wycieczka postanawia jednak iść w góry pieszo. Przyłącza się do nich grupka turystów z NDR. Nie zrażają ich przestrogi pracowników kolejki, którzy mówią o śnieżnych zaspach i niebezpieczeństwie czającym się w na

stromych stokach.

Nie są to czcze słowa. Trzy dni wcześniej lawina zasypała w Białym Jarze siedmioosobową grupę narciarzy. Nikt wówczas nie zginął, bo cudem udało się im nawzajem odkopać. Jeden z ratowników GOPR, Jurek Janiszewski „Szatan” po tym wypadku przygotował notatkę na temat sytuacji lawinowej i powiadomił dyrekcję Funduszu Wczasów Pracowniczych, ale nie wywołała ona żadnej reakcji.

Radziecko-enerdowska wycieczka postanawia zdobywać Śnieżkę, czarnym szlakiem, tzw. Śląską Drogą. Wiedzie ona obok Białego Jaru. Po kilkudziesięciu minutach dochodzą do rozwidlenia szlaku. Trasa w lewo prowadzi do górnej stacji kolejki na Kopę, a idąc w prawo można dojść do schroniska Strzecha Akademicka. Szlak na Małą Kopę jest bezpieczniejszy, ale turyści prawdopodobnie chcą, jak najszybciej dojść do jakiegoś schroniska. Decydują się na szybsze przejście przez Biały Jar. Ta trasa jest zimą śmiertelnie niebezpieczna, już w latach 20. ginęli tu ludzie.

TABLICA PRZY WEJŚCIU DO BIAŁEGO JARU

Nieobyci z górami zagraniczni turyści lekceważą tablicę „Uwaga lawiny”, która stoi przy drodze. Nie niepokoją ich też olbrzymie nawisy nawianego śniegu na głównym grzbiecie Karkonoszy. Na niebezpieczną ścieżkę wchodzi też grupa polskich turystów z domu wczasowego „Hanka”, ale po chwili część z nich zawraca. To rodzice idący z małymi dziećmi, które narzekają, że są zmęczone. Zawraca większość Niemców, im też we znaki dał się silny wiatr. Na przejście przez Biały Jar decyduje się trzech mężczyzn z polskiego turnusu: 50-letni ekonomista Władysław Subocz, jego znajomy pan Henryk oraz Bolesław Korolewski. Skrótem idą również niemieckie turystki Ingeborg Ringel i Helga Kusserow.

50 TYSIĘCY TON ŚNIEGU

Turystów na niebezpiecznej ścieżce obserwują dwie siostry, turystki z Łodzi. Słyszą jak jedna z Rosjanek prosi kolegę, by zaśpiewał piosenkę. Rosjanin śpiewa na całe gardło, ale wiatr zagłusza melodię. Dochodzi godzina 11. Wtedy przed łodziankami porusza się całe zbocze. Kobiety krzyczą: – Lawina! Odskakują na bok, ku drzewom. Zwały śniegu, 50 tysięcy ton z prędkością 100 km/h zjeżdża w dół. Czoło lawiny ma 20 metrów wysokości, jego szerokość dochodzi do 70 metrów.

Przeraźliwie krzyczy też jeden z Niemców, który pozostał kilkadziesiąt kroków za grupą. Rozwiązał mu się but i starał się uporać z oblodzonymi sznurówkami. Rosjanie z przodu nie rozumieją tych krzyków. A może ich wcale nie słyszą, bo zjeżdżającej lawinie towarzyszy przeraźliwy łoskot.

Włodzimierz Fadiejew, 28-letni działacz Komsomołu z Kujbyszewa czuje uderzenie w plecy i w głowę. Porywają go zwały śniegu. Młody mężczyzna stara się jednak utrzymać na powierzchni ruchami pływackimi. Potem powie: – Poniosło mnie i wlokło chyba 100 czy 150 metrów, zdarło ze mnie czapkę, buty, uderzało mną o drzewa. Czepiałem się ich, krzyczałem, ale nikogo już nie było. Potem był tobogan, karetka i szpital. Nikogo z kolegów, z którymi szedłem, już nie zobaczyłem.

Warszawiak Władysław Subocz również zostaje porwany. Lawina łamie mu rękę i obojczyk. Gdy śnieg przestaje się zsuwać, odnajduje go znajomy pan Henryk. Ich kolega z turnusu, Bolesław Korolewicz ginie. Lawina zabija Stefana Wawryniuka, opiekuna radzieckiej wycieczki.

Pod śniegiem znika Ingeborg Ringel z Zwickau. Jej znajoma Helga Kusserow walczy o życie, biały tuman przykrywa ją, kobieta wyrywa się ku górze i pozostaje na wierzchu. Górski dramat trwa 48 sekund. Lawinisko ma prawie kilometr długości. Pod śniegiem jest 19 osób – trzynaścioro Rosjan, czworo obywateli NRD i dwóch Polaków. Pięciu turystów ma szczęście, bo udało się im pozostać na powierzchni.

AKCJA RATUNKOWA W BIAŁYM JARZE

Na pomoc zasypanym rzucają się turyści, który byli świadkami lawiny. To grupa sportowców. Niemiec, jeden z naocznych świadków, pędzi do dolnej stacji kolejki i powiadamia o wypadku. Na pomoc wyruszają pracownicy kolei i ratownicy GOPR: Józef Kobec, Henryk Wawrzaszek, Jurek Janiszewski i Waldek Siemaszko, który mobilizuje grupę turystów przebywających w Samotni i w Strzesze Akademickiej. Docierają ratownicy Ryszard Jaśko, Andrzej Schubert oraz ówczesny naczelnik grupy Stanisław Kieżuń, to on przejmuje kierownictwo nad akcją. Telefonicznie o pomoc poproszony zostaje batalion Wojsk Ochrony Pogranicza oraz ratownicy z czeskiej Horskiej Sluzby.

Początkowo Czesi nie mogą przekroczyć granicy, nie mają bowiem oficjalnego pozwolenia. W końcu jednak udaje się rozwiązać ten problem i docierają na lawinisko. Wraz z nimi jest pies wytresowany w poszukiwaniu ludzi pod śniegiem.

– Dr Jadwiga Klamut z Karpacza przerywa swoje obowiązki lekarza, zakłada opaskę ratownika z błękitnym krzyżem i wyjeżdża na lawinisko. Zostanie na nim przez trzy doby jako lekarz i ratownik. W Białym Jarze znajduje się już kilkusetosobowa grupa oczekujących na rozkazy naczelnika GOPR. Część wezwanych przekopuje środkowe tereny lawiniska głębokimi rowami. Inni sondują wysokie czoło lawiny specjalnymi metalowymi prętami – wspomina Marek K. Wikorejczyk.

Poszukiwania są bardzo trudne. Biały Jar całkiem wypełnił się twardym, zbitym śniegiem. Gdy ciężka biała masa przesuwa się, ogrzewa się w wyniku tarcia. Staje się półpłynna, a później szybko zastyga. Wokół leżą drzewa połamane jak zapałki. Ich gałęzie utrudniają wydobywanie ciał. Początkowo nikt nie potrafi określić, ile ofiar pochłonęła lawina. W pierwszym dniu akcji odkopanych zostaje dziesięć osób. Ratownicy są wykończeni. Z dołu dowożone są dla nich posiłki. Brakuje sprzętu. Po zmroku teren trzeba oświetlać pochodniami.

WOJSKO STRZELA, ALE NIE POTRAFI

Drugiego dnia do przekopywania lawiniska, zostają ściągnięci podchorążowie ze szkoły wojskowej w Jeleniej Górze. Mobilizuje się pracowników z miejscowych zakładów pracy. Ratownicy ostrzegają przed niebezpieczeństwem zejścia lawiny wtórnej. Na miejsce przyjeżdżają żołnierze z Żagania. Przywieźli moździerze i działa bezodrzutowe. Mają nimi strącić groźny śnieżny nawis.

– Nie umieli strzelać i pierwszy pocisk spadł po czeskiej stronie przy schronisku Loucni Bouda. Czesi mieli potem wielkie pretensje – wspominał Zbigniew Pawłowski.

Inne pociski, które wystrzelono, nie wybuchają w zetknięciu ze śniegiem. Wojsko zbierze te niewybuchy dopiero, gdy w górach stopnie śnieg. Nawisy, nadal zagrażają więc przeszukującym lawinisko.

POMNIK ZMIECIONY PRZEZ LAWINĘ

Drugiego dnia akcji wydobyto ciało Rosjanki. Trzeciego dnia odkopano pięć osób. Cztery dni po zejściu lawiny znaleziono kolejną Rosjankę. Następne dni ciężkiej pracy nie przynoszą efektów. Dopiero 1 kwietnia znaleziono kolejną ofiarę, obywatela NRD. Ostatnie ciało odnaleziono 16 dni po zejściu lawiny – 5 kwietnia 1968 roku.

W miejscu tragedii ustawiono kamienny postument, upamiętniający ofiary. Dziś nie ma po nim śladu. Kilka lat później został zmieciony przez kolejną lawinę w Białym Jarze.